Adam nigdy za kołnierz nie wylewał. Miał tak już od liceum. Słynął ze swojej „mocnej głowy”. Potrafił wypić 0,7 litra i nadal chodził. Z mową miał tylko marnie, czasem zdarzało mu się kompletnie zaniemówić. Tak sobie myślał, że ma to po tacie.
Ten był szefem urzędu skarbowego i z tego tytułu otrzymywał liczne prezenty, najczęściej w postaci wymyślnych trunków z różnych stron świata. W domu Adama była nawet osobna szafa na alkohole – tak właśnie- szafa- bo ciężko było ten pokaźnych rozmiarów mebel nazwać barkiem.
Po otwarciu jej pokrytych misternymi żłobieniami drzwi ukazywał się widok od którego łezka się w oku kręci. Rzędy różnokolorowych butelek pełnych rozmaitych napitków prezentowały się jak pluton wojska gotowego do boju. Były tam skandynawskie i rosyjskie wódki, gruzińskie koniaki, amerykańskie burbony, szkockie i irlandzkie whiskey, normandzki Calvados, francuski Armagnac, arabski Arak, japońska Sake, meksykańska Tequila, bawarski Rumtopf a nawet łotewski Alasz. Innymi słowy-czego tylko dusza zapragnie.
Tak ojciec jak i syn dumni byli ze swojego arsenału. Pozazdrościć go mogła niejedna restauracja. Skwapliwie więc korzystali z jego dobrodziejstw, racząc się trunkami by- jak mawiali- nie pozwolić szkłu cierpieć zbyt długo.
Pan Jerzy, bo tak nasz szacowny urzędnik miał na imię, starał się jak mógł świecić synowi przykładem w dziedzinie konsumpcji i kultury picia alkoholu. Rzadko widziano go pijanego, to prawda. Ale lekki rausz nie był mu obcy, „po godzinach” a czasem jeszcze w pracy delektował się to koniakiem, to bardziej prozaiczna siwuchą. Preferował wysokoprocentowe trunki, wina a szczególnie piwa wydawały mu się niegodne.
Natomiast sam Adam wydawał się być nieco mniej wybredny. Z przyjemnością konsumował wszystko, co miało w sobie jakiś „procent”. Jako posiadacz mniej wymagającego niż ojciec podniebienia łatwo zadowalał się dobrze zmrożoną wyborową.
Przyjęcia u Państwa W.
Przyjęcia u Państwa W. słynęły w całej okolicy. Jako że rodzina prowadziła tzw. dom otwarty nie należały one do rzadkości. Jak wiadomo, najlepsze imprezy to te spontaniczne.
Więc wpaść można było bez specjalnego zaproszenia, ot tak, z odpowiednim trunkiem w dłoni. Siadało się przy stole a pani domu serwowała mięsa i wędliny, stół uginał się pod ciężarem ciast i łakoci, sałatek i owoców na które zresztą nie każdy zwracał uwagę, bo jakoś nie najlepiej komponowały się w żołądku z mocniejszymi napitkami. O tak, kuchnie Wrocław mieli przednią.
Było wesoło i gwarnie, to z tej to z tamtej strony pokoju dobiegały salwy śmiechu rozochoconych alkoholem biesiadników. Po jakimś czasie mało kto wiedział o czym mówi , tema rozmowy stawał się sprawą drugorzędną a na pierwszy plan wysuwała się kwestia niezwykle bogatego życia wewnętrznego, którym ku obopólnemu zaskoczeniu poszczycić się mogli współtowarzysze fety. Jak wiadomo In vino veritas.
I tak Pan Z. żalił się na brak wyrozumiałości swej współmałżonki:
-Widzisz Jerzy, moja żona ciągle na coś narzeka. Raz to jest nie tak, raz tamto.
Wychodzimy tu do was a ona mówi, że nie ma się w co ubrać…
To dziwne -myślę sobie- bo szafy pełne, szpilki tam nie wetkniesz.
Więc do niej mówię, by nie żartowała.
A ona na to:
- Ty tak zawsze. Żal Ci tych marnych kilkuset złotych, ale jak wychodzimy to chcesz bym dobrze wyglądała. W takim razie pójdę w tym co mam. A jak się wstydzisz to mi kup!
Miałem dosyć.
Wiesz, mam czasem takie wrażenie, że co bym nie zrobił i nie powiedział to ona i tak mnie skrytykuje. Dla niej szklanka zawsze jest w połowie pusta. Sam widzisz, że przy takim podejściu odechciewa się wszystkiego…
Mało brakowało, byśmy tu do was w ogóle nie zawitali.
Z drugiej strony Z, regularnie co dwa lata zmieniał samochód na lepszy model, bo jak twierdził ”tak się to robi na Zachodzie”. Ogólnym zarzutem państwa Z. wobec siebie było monotonne życie, które przyszło im wieść. Ten brak ekscytacji i silnych wrażeń ostatecznie skierował małżeństwo ku zainteresowaniu się kulturą spożywania alkoholu.
Na początku okazją do konsumpcji były przyjęcia u Państwa W., których szafa barowa słynęła z szerokiego wyboru napitków. Spożywanie likierów których wnętrze butelki zdobi kryształowe drzewo to jednak nie to samo co popijanie z piersiówki.
Nie wypada odmawiać gospodarzowi, tym bardziej w dobrym towarzystwie.
Trunek rozluźnia, czyni człowieka bardziej otwartym i towarzyskim, dodaje wigoru i nawet szarą myszkę zmieni na kilka chwil w duszę towarzystwa. Poza tym można przy nim o wszystkim zapomnieć, kłopoty i zmartwienia choć na chwilę przestają być realne, pokrywają się mgłą zapomnienia…
Życie rodzinne Państwa Z.
Dlatego właśnie Pani Z. łatwo dawała się namówić gospodarzom W. na odwiedziny. Wiedziała, że towarzyszyć im będzie przyjemna rozmowa na niezobowiązujące tematy, smak papierosa i zawsze pełny kieliszek w dłoni. Życie upływa w ten sposób beztrosko, dni podobne są do siebie jak dwie krople wody. Rano trzeba wstać, pójść na zakupy, wypuścić psa do ogrodu. Ale nie za wcześnie, tak koło 9 ta pobudka. Pani Z. od kilku lat nie zajmowała się typowa pracą. Szkoliła ludzi, jej klientami byli pracownicy korporacji. Z nieodłącznym papieroskiem w dłoni i hipnotycznym, przyjemnym głosem łatwo nawiązywała nowe kontakty i zjednywała sobie ludzi. Niegrzeczny uśmiech na twarzy i pozostałości wspaniałej niegdyś urody zwracały na nią uwagę płci przeciwnej. Pani Z. była duszą towarzystwa, tak w trakcie wykładów i szkoleń, jak i na nieformalnych przyjęciach, które im towarzyszyły.
To szkolenie w szczyrku, to w Karpaczu. Częste wyjazdy. Atrakcyjni, energiczni ludzie. Po ciężkim dniu zabawa, czasem do białego rana. Kieliszek w dłoni, od słowa do słowa i rano budziła się w hotelowym pokoju obok bliżej jej nieznanego kolegi z kursu.
Zwykle zaczynało się tak:
- Jak się masz? Widziałam Cię wcześniej na sali, zastanawiałam się skąd jesteś?
- Kraków? To piękne miasto… – jej uwodzicielski, jakby rozmarzony uśmiech pojawiał się na twarzy. Wszystko stawało się jasne.
- Poszukajmy jakiegoś zacisznego miejsca, tutaj tak głośno…
Zwykle nie miała kaca, tym bardziej moralnego. Mąż od dawna ją zaniedbywał, zajęty swoją pracą i krzątanina wokół coraz to nowszych i lepszych modeli samochodów. W domu praktycznie nie zwracał na nią uwagi. Oczywiście formalnie rzecz biorąc wszystko między nimi było w najlepszym porządku. Zwracali się do siebie grzecznie, wymieniali uprzejmości.
Jednak gdy nastawały te nieliczne wieczory, gdy spotykali się wieczorem w salonie, to zapadała martwa, niepokojąca cisza. Czuć było jakieś napięcie wiszące w powietrzu, niewypowiedziane tajemnice obciążały atmosferę a powietrze robiło się gęste od nigdy nie wyrażonych żali, obaw i oczekiwań. Wtedy to, dla rozluźnienia, sięgali do barku. W zimowe wieczory koniak przyjemnie rozchodził się po przełyku, rozgrzewał ciepłem, rozwiązywał język. Państwo Z. zaczynali ze sobą rozmawiać, najczęściej o pracy i życiu towarzyskim skupionym wokół rodziny W. Rzadko kiedy rozmowa schodziła na tematy bezpośrednio związane z pożyciem małżeńskim Z. Po prostu nikt nie chciał otwierać puszki Pandory.
Pan Z. oprócz swej pasji automobilisty był zapalonym myśliwym. Zimą wstawał nad ranem, wdziewał swój maskujący strój i ruszał terenowym samochodem na łowy. Najczęściej były to polowania na zające, lisy i bażanty. Czasem trafił się koziołek. Jednak nie o trofea myśliwskie tu chodziło. Każde polowanie było sprzede wszystkim spotkaniem towarzyskim leśnej braci, okazja do nawiązywania nowych kontaktów i rozmów ze starymi przyjaciółmi. Wieczorne ogniska często kończyły się libacją. Dzielni łowczy marźli cały dzień na śniegu i mrozie , raptem dla tych kilku marnych zajęcy. Trzeba było sobie te męki jakoś wynagrodzić, rozgrzać się, pośpiewać i powspominać, dawne, dobre czasy. Więc chętnie sięgano po kieliszek, mężczyźni nie byli wybredni, na ogół królowała wódka krajowej produkcji, za to w godnych ilościach. Potem na kwatery i spać, bo jutro drugi dzień łowów, trzeba wstać o świcie.
Po tak upojnej nocy, pełnej jadła i napoju nie zawsze było to łatwe. Myśliwi z trudem zwlekali swe okrągłe cielska z łóżek, otwierali drzwi i dopiero powiew mroźnego leśnego powietrza przywracał ich rzeczywistości. Jednak w głowach wciąż szumiało. Wobec tego wielu łowców, inspirowanych wcześniejszymi doświadczeniami nosiło za pazuchą piersiówkę wypełnioną wódką. „Klin” był jednym z lepszych sposobów na kaca, lekki rausz wydawał się być nieporównanie bardziej przyjazny człowiekowi niż rozpierający ból głowy.
Gdyby nie to, że każdy z mężczyzn dzierżył w ręce broń i właśnie ruszał na polowanie, wszystko byłoby dobrze…
Nagonka ciągnęła od strony drogi, kołatki i puste puszki wypełnione grochem wydawał z siebie jazgoczące dźwięki. Przerażone zwierzęta zrywały się do biegu. Jednak po drugiej stronie pola czekali na nie nasi dzielni, bohaterscy myśliwi. Rozparci na polowych krzesłach, z szumem w głowie i flinta przełożoną przez ramię czekali na małych uciekinierów.
Każdy pewny swego, w końcu przeciw zającowi dysponowali spora przewagą technologiczną, nikt nie trudził się strzelaniem do takiej drobnicy pojedynczą kulą. Znacznie lepszym rozwiązaniem był śrut. Dwa metry kwadratowe ołowianych kuleczek leciało w kierunku walczącego życie szaraka. Choćby nie wiem jak się starał- nie miał szans.
Na tłustych, nabiegłych krwią i alkoholem twarzach myśliwych malował się grymas przypominający uśmiech. Po drugim dniu polowania patrzyli na stosy okrwawionych ciał zajęczych i lisich. Humory dopisywały, ostatecznie każdy z nich coś trafił, innej możliwości niebyło. Wyśmienity pasztet zajęczy, dziczyzna na świąteczny stół, bażant po myśliwsku… Jednak ostatecznie nie o to w tym wszystkim chodziło. Spotkać się, pogadać, postrzelać, napić… Nic co ludzkie nie było im obce.
Sens życia
Pan Z. wracał więc do domu na tarczy, pośród trucheł czterech zajęcy, dwóch lisów i tyluż bażantów. Do tego odetchnął świeżym, wiejskim powietrzem, pochodził po lesie, naładował akumulatory. Czuł, że życie ma sens. A że wrażeń podczas takiego weekendu było co niemiara, to jakoś musiał je wszystkie przetworzyć. Siadł więc w salonie przy kominku, w ręku trzymając szklaneczkę whiskey z lodem. Dla odmiany, w końcu ile można pić pospolitą siwuchę.
Comments
No Comments
Leave a reply